Ten post powstał w ramach autoterapii. Wywlekłam tutaj na wierzch wszystkie swoje traumy, wkurwy i przemyślenia. Jeśli jesteś na początku drogi walki z niepłodnością, to zapraszam do uważnego wczytania się w tekst, bo być może nauczysz się czegoś na moich błędach. Jeśli trafiłeś tu przypadkiem, to też zachęcam do lektury, bo w Twoim otoczeniu z dużą dozą prawdopodobieństwa znajduje się ktoś z podobnymi problemami.
Ten artykuł powstawał kilka tygodni. Musiałam robić sobie przerwy, bo emocje momentami brały górę i nie byłam w stanie nic sensownego napisać przez kolejne parę dni.
Aktualnie jestem w trakcie trzeciej procedury in vitro. Dwie poprzednie zakończyły się porażką.
Syty głodnego nie zrozumie
Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że problem niepłodności dotyczy ponad 10% kobiet na całym świecie. W Polsce problem z naturalnym poczęciem dziecka ma do 12% par w wieku rozrodczym.
Nigdy nie myślałam o sobie, jak o człowieku z jakąś „skazą”. Uważałam się zawsze za okaz zdrowia (grypę miałam raz w życiu – 23 lata temu) i żyłam ostatnie 10 lat w błogim przeświadczeniu, że jak będę gotowa na rozmnożenie, to to się po prostu wydarzy, a jak wydarzy się wcześniej – to będę gotowa. I tyle. Nie odczuwałam żadnej presji, nikt też na mnie nie naciskał i do tego miałam szczęście do braku głupich pytań w stylu: A wy kiedy? Komfortowa sytuacja rodzinna, stabilna praca, warunki idealne. Ale lata mijały, nic się nie zadziało i w końcu przyszedł ten moment, w którym trzeba było skonfrontować się z rzeczywistością.
Przed pierwszą procedurą in vitro wydawało mi się, że ohoho, jestem taka silna, podejdę do tematu na luzie i zdam ten egzamin na piątkę, jak zawsze. Oblałam. Morze łez, emocjonalny dół, brzydkie myśli. Nikt, kto tego nie przeżył, nie zrozumie. Brutalna prawda jest taka, że praktycznie cały ciężar in vitro spoczywa na kobiecie i zupełnie nie przewidziałam z czym przyjdzie mi się zmierzyć. Zastrzyki w brzuch to jest nic. To jest mega trudne emocjonalnie doświadczenie. Ja do tej pory nie miewałam żadnych huśtawek nastroju, nigdy nawet porządnego PMSu. Tymczasem w trakcie procedur in vitro byłam jak Dr Jekyll i Mr Hyde, góra i dół. Mały trigger i łzy lecą mi ciurkiem po polikach. A nikt mnie, cholera, wcześniej nie ostrzegł, że tak będzie. Z tego miejsca chciałabym zaapelować o niedawanie osobom zmagającym się z problemem niepłodności złotych rad. Nie chcę słyszeć nic o boskim planie, ani że tak widocznie miało być. Piszę o tym więcej w dalszej części tekstu.

Nie ma zdrowych, są tylko niezdiagnozowani
Powiem Ci tak. Trudno znaleźć dobrą opiekunkę do dziecka. Ale jeszcze trudniej znaleźć dobre dziecko.
Ja bym ten cytat sparafrazowała – trudno znaleźć dobrego lekarza. Przez „dobrego” rozumiem takiego, który patrzy na człowieka w szerszym ujęciu, a nie tylko przez wąski pryzmat swojej specjalności, nie traktuje pacjenta jak towar jadący na taśmociągu, który trzeba szybko ściągnąć i zapakować do jednego z setek takich samych pudełek.
Przez te prawie dziesięć lat do uzyskania poprawnej diagnozy nie żyłam pod kamieniem: mam na koncie wizyty u kilku ginekologów i cały stos badań hormonalnych w teczce. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dwa lata temu okazało się, że choruję na nieuleczalną autoimmunologiczną niedoczynność tarczycy, zwaną powszechnie chorobą Hashimoto. Kojarzycie tę scenę w Przyjaciołach, kiedy Ross znajduje na swoich plecach dziwną narośl, a chłopaki go wkręcają, że to nowa nieodkryta choroba, która zostanie nazwana jego imieniem? Well, he’s got Ross. No to taka mniej więcej była moja wiedza o Hashimoto: dziwne nie-wiadomo-co. A jak się o tym dowiedziałam? Otóż jeden z niewielu sensownych lekarzy (internista z enel-medu), do którego poszłam z kompletem swoich świeżo zrobionych badań, zwrócił uwagę na mój poziom TSH, który dla kobiet starających się o ciążę powinien wynosić mniej niż 2 uIU/ml. I tutaj następuje wkurw nr 1, bo każdy z ginekologów, który widział wcześniej moje wyniki, uznał, że wyniki są w porządku, jest git. Mnie to nigdy nie zaalarmowało, bo norma laboratoryjna jest dużo wyższa, a w tych widełkach się mieściłam. Od internisty dostałam zalecenie kontaktu z endokrynologiem. USG tarczycy i wysokie przeciwciała Anty TG potwierdziły diagnozę i tak zaczęła się moja walka o utrzymanie Hashka w ryzach. Tutaj płynnie przechodzimy do następnej diagnozy, na którą czekałam niestety kolejne półtora roku.
Mam łagodną formę Hashimoto: niedoczynność nie jest duża, a jedynym zauważalnym efektem choroby było to, że w krótkim czasie sporo przybrałam na wadze. Walka z chorobą w zasadzie sprowadzała się do dobrania odpowiedniej dawki leku z hormonem tarczycowym, po którym to poziom TSH miał się ustabilizować we właściwych widełkach. Trwało to prawie rok, TSH bujało mi się z prawa na lewo wpędzając mnie z niedoczynności w nadczynność i z powrotem. Mam wykupioną prywatną opiekę medyczną w enel-medzie i przez ten czas walki obiłam się o 5 (!) endokrynolożek. Nie, żebym je zmieniała specjalnie, po prostu mega ciężko się wbić na termin, więc brałam lekarkę, która akurat była dostępna. Przez cały czas chodziło o kontrolę wyniku i dobranie odpowiedniej dawki leku – żadne rocket science. Na pytania o problemy z wagą padał standardowy truizm o zdrowej diecie i większej ilości ruchu. Super. Żadna z lekarek nie zasugerowała mi konieczności zrobienia dalszej diagnostyki. Żadna! A trudno pytać lekarza o coś, z czego istnienia człowiek nie zdaje sobie nawet sprawy. Dopiero po dwóch nieudanych procedurach ivf dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak insulinooporność (dzięki Aga). Niezdiagnozowana IO razem z Hashimoto wymieniane są na liście przyczyn kobiecej niepłodności. Chciałam wiedzieć, czy się tego cholerstwa nie nabawiłam, pewne symptomy wskazywały, że trop jest właściwy. Diagnoza polega na analizie wskazań poziomu glukozy i insuliny na czczo, oraz po godzinie, dwóch, czasem trzech od wypicia roztworu glukozy. W prywatnej opiece medycznej odmówiono mi skierowania na badania krzywych cukrowej i insulinowej, bo cytat: nie ma wskazań. Przewinę taśmę: mam Hashimoto (które często występuje w parze z IO), problemy z wagą, dwa nieudane protokoły ivf i dowiaduję się, że nie ma wskazań do zrobienia krzywej insulinowej. Że co kurwa?
Wkurw nr 2: nie dość, że nikt mi wcześniej nie zasugerował potencjalnego problemu z wysoką insuliną, to jeszcze odmawia mi się badania (w ramach płatnej opieki medycznej). Mam ogólnie przeświadczenie, że niektórzy lekarze bardzo źle znoszą pacjentów, którzy przychodzą z własną diagnozą. Na zasadzie: coś se tam pani wyczytała w internecie, ja tu jestem kierownikiem tej szatni, nic pani nie dolega i co mi pani zrobi. I chuj. Niestety nie jestem typem człowieka, który wydziera się na ludzi, a szkoda – bo czasami bardzo by się przydało. W tym czasie byłam w złym stanie psychicznym, więc te wizyty okupiłam tylko bezsensownym zdenerwowaniem i chlipaniem w rękaw. Endokrynologa ostatecznie zmieniłam na takiego z polecenia (dzięki Aga), a krzywe cukrowe robiłam za własną kasę. Same badanie też okupiłam wkurwem nr 3: w pierwszym punkcie pobrań kobieta źle pobrała krew i laboratorium nie zmierzyło insuliny, za drugim razem prawdopodobnie pomieszali wskazania z kolejnych godzin i wynik się nie trzymał kupy. Dopiero za trzecim podejściem wyszedł pełny obraz mojej pięknej insulinooporności. Endokrynolog (już ten właściwy) skonstatował, że musi być ze mnie silna babka, skoro przy takich wynikach nie padłam na twarz. Dodam, że badanie krzywych cukrowych jest raczej z gatunku upierdliwych – trzeba siedzieć na dupie kilka godzin w laboratorium, gdzie 3 lub 4 razy w odstępach godzinowych pobierają krew. Kiedy kolejny raz się dowiadujesz, że musisz je powtórzyć, no to chuj człowieka strzela, że tak się poetycko wyrażę. Tak więc obawy się potwierdziły i do słoiczka z napisem co mi dolega wpadł kolejny kamyczek.
Zalecenie do in vitro dostaliśmy już po pierwszej wizycie w klinice leczenia niepłodności. Causa masculina: czynnik męski, i to w zasadzie zamknęło temat dalszej diagnozy. Na tym etapie wiedziałam tylko o swojej niedoczynności tarczycy (ustabilizowana), a lekarz prowadzący niestety nie zasugerował żadnej rozszerzonej diagnostyki, żeby wyeliminować lub namierzyć inne ewentualne przeszkody. Wiedząc to, co wiem teraz: byliśmy beznadziejnie przygotowani. Mam żal do prowadzącego nas ginekologa, że nie powiedział, jakie suplementy należy przyjmować, jak wspomóc organizm przed takim wysiłkiem, nie wymienił listy badań, które warto zrobić przed startem procedury. Wiadomo, że badania genetyczne to są dodatkowe koszty i większość klinik chyba ma politykę typu: aaa, zobaczymy czy się uda, a jak nie, to się później pomartwimy. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. To nie tak powinno wyglądać. Zaufałam lekarzowi i nie szukałam informacji na własną rękę – zrobiłam to dopiero po dwóch nieudanych podejściach. Szkoda, że tak późno.
Skuteczność metody in vitro to jest około 43%, mniej niż prawdopodobieństwo wyrzucenia orła w rzucie monetą. Uda się, albo nie, z czego trochę bardziej nie niż tak. Czy to dużo? Na początku faktycznie podeszłam do tematu na luzie, cieszyłam się, że maszyna została puszczona w ruch, obliczałam spod jakiego znaku zodiaku będzie moje dziecko. O słodka naiwności :)
Metoda in vitro w skrócie polega na tym, że kobieta jest stymulowana zastrzykami z hormonu pobudzającego do wzrostu pęcherzyki Graffa. W normalnym cyklu miesięcznym na USG widać kilka – kilkanaście pęcherzyków, z czego jeden jest dominujący i to z niego uwalnia się komórka jajowa, która potem wędruje jajowodem w oczekiwaniu na zapłodnienie. Celem stymulacji jest wymuszenie wzrostu także tych pozostałych, niedominujących, pęcherzyków. Cykl jest cały czas monitorowany i jeśli pęcherzyki osiągną odpowiednią wielkość, podaje się zastrzyk, po którym komórki dostają sygnał: ej, masz teraz dojrzeć. 36 godzin po otrzymaniu tego „wyzwalacza” następuje zabieg punkcji jajników. Lekarz „zbiera” wtedy wyhodowane komórki, które dalej przekazane są do embriologa celem zapłodnienia. To jest kluczowy moment całej procedury: duża liczba dojrzałych i dobrych jakościowo komórek statystycznie zwiększa szansę uzyskania dobrych zarodków. Kobiety z niską rezerwą jajnikową (niskim AMH) mają problem z uzyskaniem dużej liczby komórek, natomiast dziewczyny cierpiące na PCOS (zespół policystycznych jajników) zwykle mają zbiory idące w dziesiątki komórek: #zazdro. Ja ze swoim AMH w okolicach 1.6 plasowałam się raczej w dolnych statystykach: do zapłodnienia poszło 5 (w pierwszej procedurze) i 4 komórki (w drugiej). Prawdą jest, że nie liczy się ilość a jakość. Duża ilość słabych komórek nie jest wcale lepsza od dwóch dobrych. Embriolog wybiera do transferu najlepiej rokujące zarodki, a reszta jest zamrażana i, o ile nie dojdzie do ciąży, podawana w kolejnych podejściach.
Za pierwszym razem uzyskaliśmy tylko jeden dobrze rokujący zarodek. Efekt: brak implantacji, brak ciąży. Sytuacja powtórzyła się przy drugiej procedurze: inne leki, długi protokół, tylko jeden zarodek, brak implantacji, brak ciąży. Czekanie na telefon od embriologa to jedno z trudniejszych doświadczeń. Po punkcji jajników wiadomo tylko, ile komórek zostało pobranych. Nie wiadomo natomiast w jakim są stanie, czy są dojrzałe, czy się zapłodnią, czy zaczną się dzielić. Po pierwszym telefonie płakałam, że uzyskaliśmy tylko jeden zarodek na 5 komórek. Po drugim telefonie płakałam, że mamy chociaż jeden, bo spodziewałam się najgorszego.
Po pierwszej punkcji, ze względu na znikomą liczbę zarodków, zapadła decyzja, że idę pod nóż. No, może nożyk :) Przeszłam histeroskopię: bo lekarz chciał mieć pewność, że endometrium macicy jest bez zarzutu. Obecnie jest już w porządku, a jednym z dziwniejszych komplementów jakie czasami słyszę jest: Ależ ma pani ładne endometrium. Niestety moja piękna wyściółka macicy nie zapewniła mi sukcesu w pierwszym podejściu. Ani drugim.
Przy drugim protokole nagle wyskoczył temat mięśniaka, co do którego nie było pełnej zgody: stanowi problem, nie stanowi? Znowu czekanie, niepewność, czy nie będą mnie kroić. Mój przypadek konsultowano z „bossem” z Białegostoku – profesorem, znanym specjalistą. Czułam się bardzo niekomfortowo podczas badania, bo specjalista mówił mi na „ty”, a w trakcie badania usg moje gołe kolano służyło mu za podpórkę. Jego diagnoza brzmiała: na razie mięśniak nie stanowi problemu, ale jak pani nie zajdzie w ciążę, to trzeba go będzie usunąć. Yyyyy. Podziękowałam, nie zaszłam w ciążę, nie usunęłam. Późniejsze badania u mojej „nowej” pani doktor potwierdziły, że nie ma potrzeby przy tym gmerać, bo mięśniak nie modeluje bezpośrednio ściany macicy i nie stanowi żadnego zagrożenia. Na zaawansowaną diagnostykę bossa mogę tylko machnąć ręką.
Podczas drugiej punkcji lekarz pobrał tylko 4 komórki, bo prawy jajnik nagle się „schował” i nie dało się go dziabnąć igłą bez ryzyka krwotoku wewnętrznego. Jak rozmowę w gabinecie zaczyna się od Nie mam dla państwa dobrych wiadomości – bardzo trudno jest zachować optymizm. Przy dwóch pierwszych procedurach co chwilę objawiał się jakiś nowy problem. Zwariować można.
Czułam się przez te kilka miesięcy, jakbym brała udział w castingu do teleturnieju: Jak ona to zniesie? Przed pierwszą punkcją miałam jeszcze jedną nieprzyjemną sytuację – z winy roztrzepania lekarza zapomniano mi wydać w klinice owy zastrzyk triggerujący, o którym pisałam wcześniej. Miałam go sobie zapodać dokładnie 36 godzin przed punkcją. Na 20 minut przed godziną zero wysypałam na stół całą siatkę leków, żeby zdać sobie sprawę, że tego jednego cholernego pudełka brakuje. Nieszczęśliwie dochodziła 21, sobota wieczór. Liczba aptek 24h posiadających na stanie ten lek, jak można się domyślać, nie była zbyt imponująca. Jeździliśmy po Śląsku przez trzy godziny próbując znaleźć aptekę i placówkę gdzie mi wypiszą receptę. Jak już recepta była, to nagle się okazało, że w tej aptece co lek miał być, to jednak go nie ma i musimy jechać 30 km do innego miasta. Jak już pani farmaceutka trzymała lek w ręce, a ja receptę, to mi powiedziała, że jednak nie wyda, bo się jednostki nie zgadzają, a ona ma dokładnie jeden zastrzyk na stanie. Przez całą drogę zalewałam się łzami, wyobrażając sobie wszystkie najgorsze scenariusze – z anulowanym cyklem na pierwszym miejscu. Gdyby nie mój mąż, nie dałabym sobie sama rady. U lekarza od recepty byłam tak zapłakana, że Przemek musiał mówić za mnie, bo wydawałam z siebie tylko jakiś niezrozumiały bełkot przetykany głośnym wciąganiem smarków. Pan doktor udzielił wtedy złotej rady: Proszę się tak nie denerwować. A tak, dzięki Captain Obvious, zupełnie na to nie wpadłam. Ostatecznie kobita w ostatniej aptece poprawiła okulary na nosie i wyczytała, że jednostki jednak się zgadzają. Ja zrobiłam zastrzyk w brzuch w okolicach godziny 23, pod apteką, na ulicy przez którą w sobotnią noc przetaczała się chmara imprezowiczów. Chyba właśnie dostałam angaż do teleturnieju Jak ona to zniesie. A ta nocna rajza po Śląsku to mój wkurw nr 4.
Pierwszy test ciążowy robiłam w Sylwestra, drugi w swoje urodziny. Wszystkiego najlepszego Agata! A ja mam ochotę wleźć pod kołdrę, zalać się łzami i nie wychodzić stamtąd przez najbliższe pół roku. Gdzieś w głębi czułam, że nic z tego nie będzie. Dzień przed urodzinami rozpłakałam się nad obiadem. Wiedziałam. Nad drugim negatywnym testem przez chwilę wzięła mnie wesołość, bo wykoncypowałam, że to chyba najbardziej niewidoczna druga kreska, jaką można sobie wyobrazić. A potem już płakałam normalnie.
Po dwóch nieudanych procedurach trafiliśmy czystym przypadkiem (bo lekarz prowadzący akurat musiał wyjść) na konsultację do „nowej” pani dr w klinice. Okazała się być najmilszym, najbardziej empatycznym i kompetentnym lekarzem. Nie spotkałam jeszcze takiego specjalisty na swojej drodze, a zdążyłam zwiedzić już sporo gabinetów. Czasami wystarczą uśmiech, proste słowa i proste gesty, żeby człowiek poczuł się lepiej, żeby poczuł, że jest w dobrych rękach. Na portalu znany lekarz pani doktor ma same oceny 5 na 5. To jest ewenement, bo ludzie mają tendencje raczej do wystawiania opinii, jak coś jest nie tak. Z konsultacji wyszliśmy podniesieni na duchu, z całą listą badań do zrobienia i zaleceniem konsultacji z immunologiem.
Po zrobieniu badań genetycznych okazało się, że mam mutację MTHFR, przez którą organizm nie jest w stanie przyswoić kwasu foliowego, który odpowiada za funkcje detoksykacyjne organizmu. Badanie krwi ujawniło wysoki poziom homocysteiny, która jest samym złem: skutkuje poronieniami, uszkodzeniami DNA i mitochondriów. Mutacja MTHFR jest dość powszechna w społeczeństwie, nie jestem tutaj jakaś wyjątkowa. Zalecenia obejmują suplementację biologicznie aktywną formą kwasu foliowego oraz witaminą B12. Po pół roku stosowania się do zaleceń udało mi się zbić homocysteinę o połowę – do zadowalającego poziomu. To niestety jest kolejny, już wkurw nr 5: nie zlecono mi badania poziomu tego aminokwasu przed pierwszym podejściem do in vitro, a to jest jeden z kluczowych wskaźników stanu gotowości organizmu.
Immunolog to taka specjalizacja, o której istnieniu nie miałam do tej pory pojęcia. Do immunologa odsyłane są pary, które mają problem z implantacją zarodka lub utrzymaniem ciąży. Pierwsza wizyta to standardowy wywiad i zlecenie badań. W ogólnym uproszczeniu można powiedzieć, że zadanie immunologa polega na weryfikacji, czy organizm matki nie jest „zbyt silny”, w sensie czy nie zwalcza zarodka, jako intruza z obcym DNA oraz czy partnerzy są ze sobą „kompatybilni” w niskopoziomowym ujęciu. Piszę o tym w cudzysłowie, bo dochodzą tutaj do głosu skomplikowane procesy biochemiczne i nie czuję się na siłach, żeby tłumaczyć, na czym te poszczególne testy polegają i jak należy interpretować wyniki. Większość ginekologów też nie jest w stanie tego zrobić ;) Swoje wyniki próbowałam przed wizytą diagnozować w necie, ale jest zaskakująco mało informacji na ten temat. W każdym razie, jednym z wykonanych u mnie badań było typowanie KIR, w którym otrzymałam wynik KIR AA. Niestety to nie jest dobra ocena. Tutaj najpewniej leży przyczyna moich niepowodzeń w zajściu w ciążę, czyli tzw. niepłodność immunologiczna. W skrócie mogę powiedzieć, że brakuje mi kilku genów, które są kluczowe w procesie implantacji zarodka. Mogło w moim ciele dochodzić w przeszłości do zapłodnienia, ale organizm nigdy nie był w stanie zatrzymać zapłodnionej komórki w środku. O KIR AA, w przystępnym języku, można więcej poczytać tutaj. Na braki w genach nic nie można poradzić, ale jest metoda leczenia, która daje dobre rezultaty w tym przypadku. Przy trzeciej, procedurze podejdę do transferu obstawiona dodatkowymi lekami. W praktyce oznacza to wlew dożylny i zastrzyki z leku o nazwie accofil. Jeśli dojdzie do implantacji, zastrzyki trzeba kontynuować przez 3 miesiące. Trochę mi ulżyło, bo wreszcie pojawił się jakiś trop, coś czego można się uczepić i na co zwalić nasze wcześniejsze niepowodzenia. Oczywiście przyczyn braku implantacji może być dużo więcej, ale od czegoś trzeba zacząć.
Pomiędzy drugą, a trzecią procedurą zrobiłam sobie półroczną przerwę. Szukałam w tym czasie pomocy u osób trudniących się różnymi profesjami i usilnie kombinowałam nad tym, jak zwiększyć swoje szanse przy następnym podejściu.
Przede wszystkim zaczęłam się zdrowiej odżywiać pod okiem dietetyka klinicznego. Zdecydowałam się wyeliminować z diety nabiał oraz gluten. Zrobiłam testy nietolerancji pokarmowej, w której wyszła mi wysoka reakcja alergiczna na białko jaja kurzego oraz mleko. Gluten odstawiłam świadomie na zasadzie: zobaczymy czy to coś da. Dieta bezglutenowa ostatnio stała się dość modna, więc chciałam się wytłumaczyć, że nie chodzi tylko tutaj o wpisywanie się w trend. Przeczytałam parę książek o chorobie Hashimoto, w których schemat zawsze jest ten sam: lekarze nie wiedzieli co mi jest, jak się dowiedzieli to dostałam tabletki, a ja postanowiłam sama się uleczyć, zrezygnowałam z glutenu i nabiału i jestem zdrowa. Z chorobami autoimmunologicznymi jest ten problem, że lekarze leczą je objawowo. Tabletka rano na czczo i git. A skąd to się bierze, co mogę zrobić, żeby sobie pomóc? A to już nie wiadomo. Nie ma żadnych rzetelnych badań medycznych, które by wskazywały na to, że dieta bezglutenowa pomaga przy Hashku, a mimo tego coraz więcej ludzi potwierdza to na sobie empirycznie. Ja postanowiłam spróbować, bo i tak nie mam wiele do stracenia. Jem obecnie dużo ryb, zup i warzyw. Ziemniaczki musiały pójść w odstawkę na rzecz brązowego ryżu, kaszy gryczanej i komosy ryżowej. Nie kupuję już kurczaka i wieprzowiny, króluje u mnie indyk na zmianę z kaczką. Piekę chleb bezglutenowy, smażę bezglutenowe naleśniki, jem makaron z ciecierzycy. Musiałam zapomnieć o jajecznicy, bułeczkach, pierożkach i wszystkim, co po spożyciu powoduje wyrzut insuliny do krwi.
Zaliczyłam także kilka wizyt w gabinecie terapii naturalnych: oczyszczanie organizmu, zioła, suplementacja witaminami i igły w uchu. Sceny prawie jak z Dnia Świra. Trochę prześmiewczo nazywamy typa, który tam przyjmuje, szamanem. Faktem jest, że owy szaman poświęcił nam więcej czasu na jednej wizycie, niż wszyscy lekarze z ostatnich miesięcy razem wzięci. Jako człowiek z natury sceptyczny, nie spodziewam się cudów, ale ponownie: co mi szkodzi spróbować podejścia alternatywnego.
Od dwóch miesięcy daję się także kłuć igłami na sesjach akupunktury. W necie można przeczytać, że te zabiegi zwiększają skuteczność in vitro o ileś tam procent. Uważam te statystki za marketingowy bullshit, bo tego nie da się w żaden sposób zmierzyć z zachowaniem tych samych wartości wejściowych. Skąd pewność, że to akurat igły w ciele spowodowały, że ten zarodek się utrzymał? Może zwyczajnie był silniejszy. A badanie tego na zasadzie: te panie pokłujemy, a te nie, też wydaje mi się kiepskim pomysłem. To nie jest w żaden sposób mierzalne, więc nie ma co się podniecać „zwiększeniem szans”. Mój doktor od aku jest pozytywnym człowiekiem, od razu się uśmiecham jak go widzę, a przy okazji te pół godziny leżenia przy muzyce zawsze mnie relaksuje, więc czemu nie. A na masaże relaksujące też chadzałam krótko po drugiej porażce: przyjemne godzinne głaskanie całego ciała bardzo dobrze koiło mi nerwy.
Mam takie poczucie, że przez te pół roku odrobiłam dobrze zadanie domowe, zrobiłam co mogłam, żeby zwiększyć swoje szanse. Wkrótce się przekonam, czy te wszystkie działania przyniosły wymierny efekt. To, co mnie najbardziej przez te miesiące denerwowało, to konieczność lawirowania. Otóż każdy ze specjalistów, u którego szukałam pomocy, ma swoją prawdę. Immunolog kwestionuje zasadność badania mutacji MTHFR, ginekolodzy mają czasem mentalny problem z immunologią, endokrynolog poddaje w wątpliwość niektóre pozycje w moim jadłospisie, a dietetyczka moje suplementy. Specjalista terapii naturalnych wszystko chce leczyć ziołami i lewatywą, a o KIR AA prawie żaden z nich nie słyszał. Ciężko w tym wszystkim znaleźć dla siebie jedną prawdę i nie zwariować :D

Królowa suplementów
By niejadek zjadł obiadek. Na wątrobę ale i na odchudzanie. Wzrostan, Ulgix i Apetiblock. Jesteśmy w czołówce europejskich państw z największą sprzedażą suplementów. Mała tableteczka rozwiąże każdy Twój problem, jakkolwiek wydumany by on nie był. Też śmieszkowałam z naszej miłości do supli, a teraz sama połykam dziennie 10 pigułek: kwas alfa liponowy, witamina D3, koenzym Q10, witamina E, witamina C, witaminy z grupy B. Do tego leki na Hashimoto i insulinooporność.
Po drugim nieudanym protokole ivf zaczęłam wreszcie szukać na własną rękę informacji w internecie. Stwierdziłam, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce: bo mój lekarz prowadzący z kliniki leczenia niepłodności specjalnie się nie popisał. Na jednej z grup facebookowych dziewczyny polecały książkę: It starts with the Egg, autorstwa Rebecci Fett. Można ją zamówić z Amazona, pierwsze wydanie dostępne jest też w Empiku. Niestety, książka nie posiada polskiego wydania.

To jest pozycja, która wywróciła mi mózg na drugą stronę, absolutny must read dla wszystkich starających się o ciążę. Tym bardziej pozycja obowiązkowa dla lekarzy pracujących w klinikach leczenia niepłodności, a jestem prawie pewna, że moi jej nie czytali. Książka tłumaczy w bardzo przystępny sposób wszystkie biochemiczne procesy, które dzieją się na poziomie komórkowym i które mają wpływ na jakość komórki jajowej. I co najważniejsze, daje gotowy przepis na to, jak tę jakość poprawić. „Dobra jakościowa” komórka jajowa oznacza mniej więcej tyle, że materiał genetyczny, który się w niej znajduje jest nieuszkodzony: nie było żadnego błędu podczas procesu kopiowania DNA. Dlaczego to jest tak ważne? Bo kobieta na cykl produkuje zwykle jedną komórkę jajową. W trakcie stymulacji in vitro (na skutek podawanych hormonów) komórek dojrzewa więcej. W zależności od poziomu rezerwy jajnikowej może to być od kilku do kilkunastu oocytów. Sukces protokołu mierzy się w ilości dobrze rokujących zarodków, które powstają po zapłodnieniu. Embriolog jest w stanie zawsze wyłowić kilka dobrych plemników z puli tych kilkuset milionów z oddanej próbki, nawet przy kiepskiej morfologii. A komórek ma do dyspozycji tyle, ile lekarz wyciągnie przy punkcji. Jeśli one są kiepskiej jakości – no to dupa blada, po zawodach.
Najważniejszym dla mnie odkryciem było to, że to nie bezpośrednio wiek wpływa na pogorszenie jakości moich komórek. Panuje takie powszechne przekonanie, że komórki jajowe starzeją się razem z kobietą i nic na to nie można poradzić. To nie jest do końca prawda.
Aging does not directly cause chromosomal abnormalities; rather it creates conditions that predispose eggs to mature incorrectly shortly after ovulation.
A zatem wiek nie ma bezpośredniego wpływu na nieprawidłowości na poziomie chromosomalnym. Ale wiek z kolei ma wpływ na pojawienie się większej liczby niekorzystnych procesów, które powodują, że komórki dojrzewają w sposób nieprawidłowy. Odetchnęłam z ulgą.
Chciałam podkreślić, że pani Rebecca podeszła w swojej książce bardzo rzetelnie do tematu, ostatnie kilkanaście stron to lista przypisów do artykułów naukowych. Wszystko o czym pisze, ma potwierdzenie w badaniach.
Z badaniami wiąże się jeszcze jedna ciekawa historia. W książce opisany jest przypadek pewnej Amerykanki 40+, która przystąpiła do procedury in vitro. Lekarze po pierwszym cyklu stwierdzili, że z jej własnymi komórkami nie ma na to szans. Pani miała bardzo niską rezerwę jajnikową. Oznacza to, że nawet po sztucznej stymulacji hormonami, jej organizm nie był w stanie wyprodukować dobrych, dojrzałych komórek jajowych. Proponowano jej zapłodnienie z komórkami dawczyni, ale ona odmówiła i uparła się, że znajdzie sposób. Po czym zaczęła na własną rękę szukać artykułów naukowych dotyczących badań nad rozwojem pęcherzyków Graffa. I znalazła. Przyjmowała hormon DHEA w tajemnicy przed swoim lekarzem prowadzącym. Im dłużej go brała, tym „magicznie” więcej pęcherzyków pojawiało się na USG. Udało jej się w końcu zajść w ciążę i urodzić zdrowe dziecko. Suplementacja hormonem DHEA jest teraz zalecana przy niskim AMH. Niestety z tej opowieści znowu się wyłania obraz lekarzy okopanych w swoich standardowych procedurach: nie da się, nie da rady, nie ma wskazań. I trzeba dopiero zdeterminowanej kobiety, żeby ich z tych okopów wykatapultować.
„Efektem ubocznym” stosowania się do zaleceń z książki jest to, że stałam się bardziej eko. Zrezygnowałam z kupowania wody w plastikowych butelkach, przestawiłam się na naturalne kosmetyki. Okazuje się, że w naszym otoczeniu znajduje się bardzo wiele toksycznych substancji. Ftalany, bo o nich mowa, negatywnie wpływają na jakość plemników i oocytów, zwiększają stres oksydacyjny komórek. Występują w lakierach do paznokci, odświeżaczach powietrza, perfumach, płynach do płukania. Można je znaleźć w plastiku, a także w wysoko przetworzonej żywności. Kto wie, czy zalew plastiku i degradacja środowiska w ostatnich dziesięcioleciach nie przyczynił się do wzrostu problemów z płodnością? Nasi rodzice pili mleko ze szklanych butelek, nie używali plastikowych pojemników do przechowania żywności, nawet worków na śmieci nie mieli. Warto się nad tym zastanowić i może zrezygnować z pakowania warzyw i owoców do foliówek przy następnych zakupach :)

Usg transwaginalne i inne przyjemności
Jak wygląda in vitro z punktu widzenia kobiety: liczne wizyty monitorujące cykl, w trakcie których lekarz wsadza Ci głowicę aparatu USG do waginy. Zastrzyki w brzuch, którym towarzyszą często efekty uboczne (bóle głowy, nudności, kurcze) i huśtawka nastrojów. Ciągłe pobieranie krwi do oznaczenia poziomu hormonów. Punkcja, w trakcie której podłączona do kroplówy tracisz świadomość z rozwartymi nogami na fotelu ginekologicznym i wielką igłą do punkcji w pochwie. Transfer embriona, do którego przystępujesz z pełnym pęcherzem, co ma finał w leżeniu przez 20 minut na fotelu ginekologicznym z nogami do góry i skupianiu myśli na czymś innym niż: oesu, ale mi się chcę sikać. Tabletki, tableteczki które trzeba przyjmować drogą doustną i globulki drogą dowcipną. Kolejna partia zastrzyków w brzuch. Siniaki. Przyrost wagi. Opuchlizna. Sikanie na test ciążowy. I morze łez. In vitro to też planowanie wszystkich wyjść z domu pod kątem tego, czy będę mogła w godnych warunkach zrobić sobie zastrzyk, czy będzie dostępna lodówka, żeby przechować moją strzykawkę. Kłułam się w pracy, w publicznych toaletach, w samochodzie, na ulicy, w odwiedzinach u znajomych. Sama przyjemność :)
Jak wygląda in vitro z punktu widzenia mężczyzny: tu ma pan gazetki i filmik, proszę się zmasturbować do kubeczka.
Kobiety mają przejebane. Pomyślcie ile razy facet 30+ musi w ciągu swojego życia iść do lekarza, ściągnąć gacie i dać sobie obejrzeć penisa z przyległościami, ewentualnie wpuścić jakąś sondę do dupy. A kobiety? Chadzam do ginekologów od 13 roku życia i trochę mi tych wizyt się już nazbierało. W trakcie monitorowania cyklu przy ivf trzeba się stawiać w klinice czasami i 3 razy w tygodniu: pobranie krwi do oznaczenia hormonów i sonda w waginę. Nie rusza mnie to już jakoś specjalnie, do wszystkiego można się przyzwyczaić. Ale też w robieniu sobie dziecka tą metodą nie ma nic romantycznego: ot postępowanie wg rozkładu jazdy. Pamiętam, że parę lat temu przeczytałam w necie komentarz jakiegoś facia, który przekonywał, że seks jest od tego, żeby było przyjemnie, a jak będzie chciał mieć dziecko – to se go zrobi przez in vitro. Większość ludzi, która nie miała styczności z metodą, wyobraża sobie to właśnie w ten sposób: że to robienie dzidziusia w laboratorium. Ja też byłam ignorantką – dopóki nie sprawdziłam na sobie, czym jest in vitro.
Jedną z bardziej kuriozalnych sytuacji był moment, w którym musiałam się przedstawić pani embriolog. Podczas transferu zarodka embriolog jest obecny i czuwa nad dopełnieniem procedur – czyli, żeby wsadzili mi do macicy na pewno to, co moje. Musi nastąpić moment, w którym wypowiadam swoje imię i nazwisko. Rozśmieszyło mnie, że robiłam to już w pełnym rozwarciu na fotelu ginekologicznym: dzień dobry, miło mi, to ja i moje wejście do macicy.
W mojej klinice do obsługi „pokoju gier i zabaw” mają oddelegowanego jednego jedynego pielęgniarza. Zapewne po to, żeby zwiększyć komfort panów, którzy muszą przejść przez ten upokarzający proceder ;)
Nie mam problemów z tym, że połączenie naszych komórek następuje w laboratorium, a nie jedynie uświęconą drogą seksu małżeńskiego. Ani przez chwilę nie pomyślałam o tym, że moje dziecko będzie przez to gorsze. Powiem mu kiedyś, że rodzice przeszli przez piekło po to, żeby mogło pojawić się na świecie :). Przeciwnicy in vitro coś tam zawsze smędzą o działaniu wbrew naturze. Owszem, to jest wbrew naturze, tak samo jak utrzymywanie przy życiu wcześniaków czy walka z rakiem. Jak ktoś ma problem mentalny z obecnością Boga w tym całym procederze, to zawsze można sobie wytłumaczyć, że do niego należy ostatnie słowo. Bo dobrze rokujący zarodek nie jest wcale gwarantem ciąży.
Jest jeszcze jeden temat, który strasznie podnosi mi ciśnienie: politycy wtryniający się ze swoimi łapskami do tematu in vitro. W 2018 roku pojawił się projekt ustawy, autorstwa niewątpliwie jakichś wybitnych specjalistów z PIS i Kukiz15. W ramach tego dzieła pojawiły się m.in. postulaty: in vitro tylko dla małżeństw, ograniczenie liczby zapładnianych komórek do jednej (!!!), określenie mrożenia zarodków jako czynu niedozwolonego. Panowie poczuli się uraże