Powrót do dzieciństwa

1 rok temu

Byłam na sesji hipnoterapii.

626 0

Pamiętam białego pieska o imieniu Dżeki. Biegał po podwórku i łapał nas za kostki. Uciekałyśmy z siostrą przed ostrymi ząbkami Dżekiego, aż w końcu mama pomogła nam go spacyfikować i nawet dał się pogłaskać. Byłam przeszczęśliwa, bo wszelkie pieski i kotki od najmłodszych lat kochałam miłością największą. W domu miałyśmy tylko papużkę falistą, a wiadomo jak to jest z głaskaniem i przytulaniem papużek. Pamiętam pieska o imieniu Dżeki, nie pamiętam który to był rok, ani czyj to był piesek. Tyle tylko, że to musiała być jakaś dalsza rodzina mamy. A całe wydarzenie miało miejsce w lato, kiedy byłyśmy na wakacjach w jej rodzinnych stronach.

Przeglądałam dzisiaj albumy ze zdjęciami, żeby przywołać wszystkie piękne wspomnienia z dzieciństwa, żeby się nimi nasycić. Przypomnieć sobie wakacje nad morzem i rodzinne szeroko zakrojone wyprawy samochodem marki Skoda do Jugosławii, Węgier, Włoch i Chorwacji. Mieliśmy małą przyczepkę, w której mieścił się wielki czteroosobowy namiot z werandą, sprzęt campingowy i słoiki, które moja mama szykowała już dwa tygodnie przed wyjazdem. Patrząc z perspektywy czasu to z moich rodziców były niezłe kozaki, skoro wypuszczali się w nieznane tereny ze słabą znajomością języków obcych, z dwójką małych dzieci i papierowymi mapami, które były jedynym źródłem nawigacji. Dzisiaj internet w telefonie sprawia, że podróżowanie stało się banalnie proste. Z wszystkimi wakacyjnymi wyjazdami wiąże się mnóstwo wspomnień, przygód i rodzinnych anegdotek. Zapamiętale utrwalaliśmy je na fotografiach. To były czasy przed erą aparatów cyfrowych, pamiętam tę ekscytację w oczekiwaniu na wywołanie zdjęć z wakacji. Do dzisiaj potrafię sobie przywołać w pamięci zapach odczynników fotograficznych w punkcie AGFA, który mieścił się w Bytomiu na Dworcowej. Zawsze tam wywoływaliśmy zdjęcia z wakacji i rodzinnych uroczystości.

Strasznie mnie wkurzało, że obcy ludzie zagadywali moją mamę: oo, jaki ładny chłopczyk. Jak ma na imię? Agatka :D.
woda zawsze była moim żywiołem :)
miałam uroczy strój kąpielowy w groszki
w szale zabawy

Pamiętam, że u babci Ani w niedzielne wieczory często były kanapki z sardynkami i żółtym serem. Sardynki były z puszki, moje ciocie pracowicie usuwały mikro kręgosłupy z tych morskich rybek i rozdrabniały je widelcem na pastę, która stanowiła podstawę kanapki. Na to obowiązkowo wjeżdżał żółty ser starty na tarce o najmniejszych oczkach. Czasami zamiast kanapek były tosty z piekarnika, pamiętam że gorące pomidory często parzyły mi wargi. Do babci Stefy nie lubiłam chodzić. Zajmowała wielkie mieszkanie w kamienicy, ale trzeba było przejść przez obskurną klatkę schodową, gdzie śmierdziało wilgocią i uryną. Kiedyś do bramy weszłyśmy w trójkę: ja, mama i babcia i natknęłyśmy się na kolesia, który właśnie oddawał mocz na ścianę. Strasznie się przestraszyłam. Babcia Stefa mocno go obsobaczyła, tak że chłop zapinał rozporek już w biegu. Ale od tego momentu zawsze się bałam, że sytuacja się powtórzy. Dlatego nie lubiłam chodzić w odwiedziny do babci Stefy.

Dorastałam w szalonych latach 90-tych. Mogę powiedzieć, że moim rodzicom obce było wtedy pojęcie work-life balance. Oboje harowali do późnych godzin wieczornych, żeby zapewnić nam jak najlepsze warunki i dobry start w życiu. Miałam ten wypasiony średniowieczny zamek z Lego, kolekcje lalek Barbie, od drugiej klasy szkoły podstawowej chodziłam na dodatkowy angielski. W konsekwencji moje wspomnienia z czasów początkowej edukacji w szkole podstawowej głównie koncentrują się na fakcie, że… przeważnie to siedziałam sama w domu. Moja starsza siostra akurat też wtedy wsiąknęła w swoje środowisko licealne i wir zajęć pozalekcyjnych. Ale ja byłam zawsze bardzo zdyscyplinowana i odpowiedzialna: od pierwszej klasy z kluczem na szyi. Umiałam sobie wyjąć zupę z lodówki i odgrzać na gazie, albo przysmażyć kluski na patelni. Sama odrabiałam lekcje i nikt nie musiał mi specjalnie pomagać w nauce. Zawsze świadectwo z czerwonym paskiem, prymuska.

Jak ja siebie pamiętam z tamtych czasów? Mała Agatka jest takim śmieszkiem, zaśmiewa się do rozpuku z żartów o kupie, prukach i sikach :). Do większości zdjęć pozuje z głupią miną, bo uważa że tak będzie zabawniej. Dobrze się czuje w gronie bliskich koleżanek, lubi grać na komputerze. Nie cierpi wyjazdów na kolonie, którymi mama ją corocznie uszczęśliwia. Źle się odnajduje w dużym gronie nieznanych sobie osób, ale nie potrafi tego nigdy wprost wyartykułować, a może nie wie że tak można, lub – co bardziej prawdopodobne – nigdy jej nikt nie zapytał o zdanie.

Plan na dziś: przebierzmy się do zdjęcia a ja zrobię głupią minę!
I jeszcze jedną, na wszelki wypadek :)
Rysowałam księżniczki
A potem już głównie grałam w gry :)
Robienie na drutach nie bardzo mi wtedy wychodziło.
Pomysły na dobre zdjęcia miałam też i w późniejszym okresie :)

Ale w tym moim w miarę szczęśliwym i poukładanym dzieciństwie doświadczyłam traumy, z której przez całe lata nie zdawałam sobie sprawy. To było związane z wydarzeniem, które mocno wstrząsnęło całą moją najbliższą rodziną. Siostra taty popełniła samobójstwo. Ona miała wtedy 38 lat, ja byłam w trzeciej klasie podstawówki. Pisałam o tym więcej w tekście Nie ma. I jak to jest, że w niedzielę jemy wszyscy te kanapki z sardynkami i tartym serem, a tydzień później wydarza się taka tragedia. Widok płaczących dorosłych: rodziców, dziadków jest dla takiego małego dziecka wstrząsający. Myślę, że gdzieś mnie to mocno zablokowało na następne lata. Potem nastąpiła jakaś czarna seria, bo co roku ktoś z rodziny umierał. I zawsze to ten przeszywający dźwięk telefonu w nocy zwiastował śmierć.

W ostatnich tygodniach spływają do mnie same złe wiadomości. Po 10 miesiącach od operacji usunięcia endometriozy pojawiły się nowe ogniska. Pomimo trzymania diety przeciwzapalnej, prawie całkowitej rezygnacji z alkoholu i bardzo higienicznego trybu życia „diabelska choroba” wróciła. Liczyłam się z tym, że mogę zaognić sprawę przystępując do kolejnych stymulacji in vitro, ale gdzieś miałam nadzieję, że nie będzie tak źle. W czeskiej klinice Eurofertil poddałam się w listopadzie i styczniu dwóm, tzw. ministymulacjom (niskie dawki hormonów) i bardzo liczyłam na to, że będzie ok. Prawdę mówiąc, to pierwsze niepokojące objawy endometriozy miałam już we wrześniu, czyli pół roku po operacji i trzy miesiące po odstawieniu antykoncepcji hamującej chorobę, a jeszcze przed stymulacjami. Czyli miało być dobrze, a jest jak zwykle. Na kontroli usłyszałam od mojej pani doktor, że jeśli będę mieć mało zarodków do transferu to mam na poważnie rozważyć poddanie się kolejnej operacji, żeby ponownie usunąć stan zapalny i zwiększyć szanse na ciążę. Załamało mnie to. W tamtym momencie wiedziałam tylko tyle, że z pierwszej mini stymulacji mamy jeden genetycznie zdrowy zarodek. Jedna z dwóch blastocyst wysłanych do badań okazała się euploidalna. Wciąż czekaliśmy na wyniki badań trzech zarodków z drugiej ministymulacji. Byłam pewna, że co najmniej jedna będzie się nadawać do transferu. A tu znowu cios: bo wszystkie trzy okazały się chore. Czasami mam wrażenie, że ciągle przegrywam w tę grę zwaną niepłodność. Że cokolwiek nie zrobię, to losuję kartę „wracasz na początek planszy”, nie potrafię wygrać. Do tego wszystkiego nowe wyniki badania cytokin okazały się gorsze niż 4 lata temu wskazując na wysoki stan zapalny w organizmie.

Mam kontakt z trzema immunologami i każdy proponuje inne leczenie negując zasadność zaleceń od pozostałych dwóch. Przed nami ostatnia szansa na posiadanie potomstwa, ostatni transfer z przebadanego genetycznie zarodka, który w teorii powinien mieć większą szansę na powodzenie. W teorii, bo to jest wciąż tylko jakieś 30% – 50% w zależności od źródeł. I tak strasznie mnie to wszystko zestresowało, bo na ostatniej wizycie usłyszałam, że ja muszę uwierzyć: pani Agatko, musi pani uwierzyć że to się uda! Ale jak??? Jak w to uwierzyć, jeśli mam do tej pory jedno wielkie ciągnące się po horyzont pasmo niepowodzeń. Wmawiałam sobie, że endometrioza była tą główną przyczyną dlaczego nam się nie udawało. Poddałam się specjalistycznej operacji, żeby zwiększyć nasze szanse. I co? Menda wróciła szybciej niż się spodziewałam. Jak tu wykrzesać z siebie ten optymizm?

Wiem, że nasze myśli mają moc. Przewlekły stres źle wpływa na funkcjonowanie naszego organizmu. Wszystkie choroby somatyczne mają źródło w naszej psychice. Z drugiej strony wiemy, że placebo również działa. Jeśli uwierzymy, że ta mała biała tabletka pomoże na ból głowy, to faktycznie często się tak zadzieje – niezależnie od tego czy to był ibuprom czy witamina C. Pomysł na hipnoterapię chodził mi po głowie już jakiś czas, ale ostatnie wiadomości skłoniły mnie do umówienia się wreszcie na pierwszą wizytę.

Co do zasady hipnoterapia ma działać szybciej i skuteczniej niż tradycyjna terapia, ale ma sens tylko w konkretnych przypadkach, jak np. leczenie uzależnień. Moja znajoma psycholożka powiedziała, że nie wierzy w tę metodę, bo w terapii nie ma drogi na skróty i właściwie to się z nią zgadzam. Ale wiem też, że w moim przypadku to nie zaszkodzi, a być może jednak coś z tego dobrego wyciągnę. Wykoncypowałam sobie, że moja podświadomość chyba mnie broni przed tą ciążą. Nie wie, że ja „chcę, ale się boję”, wie głównie o tym że się boję. Muszę jakoś ją przekonać, a tym samym przekonać siebie, że będzie dobrze.

Spotkanie trwało dwie godziny. W pierwszej części pani psycholog zbierała wywiad i pytała jaki był mój dom rodzinny i czy były jakieś wydarzenia z dzieciństwa, które mocniej mi utknęły w pamięci. I nieoczekiwanie dla mnie rozpłakałam się kiedy wspomniałam o śmierci cioci Wandy, a potem o tym jak się bałam kiedy odchodziły kolejne osoby. Nieoczekiwanie, bo wydawało mi się, że już się z tym tematem oswoiłam.

Druga część spotkania to była już właściwa hipnoterapia. Wprowadzenie w stan głębokiej relaksacji trwa jakieś 10 minut. Leżałam z zamkniętymi oczami na rozkładanym fotelu, pod kocykiem. I to nie jest tak jak na filmach, że terapeuta pstryka palcami i wmawia nam, że dajmy na to: jesteśmy małpą, a my skaczemy po pokoju drapiąc się pod pachami i wydając głupie dźwięki. Nie, to zupełnie nie tak. Jest się cały czas świadomym, po sesji wszystko się pamięta. To jest tylko stan głębokiego odprężenia. I muszę to napisać: to było coś niesamowitego, wyszłam z tego doświadczenia odprężona, szczęśliwa i jakby mi ktoś odjął trochę ciężaru z barków. W trakcie trwania sesji cofnęłam się do czasów dzieciństwa, mocno się rozszlochałam, doświadczenie trochę podobne do tego w trakcie sesji kamertonowej, o którym pisałam więcej tutaj. Mówiłam do małej Agatki, że nie musi być dzielna za wszystkich, może płakać, może mówić, że jej źle i nic co się wydarzyło nie jest jej winą, nie musi się więcej bać. Ma dookoła siebie mnóstwo osób, które się o nią troszczą, jest bezpieczna. Wszystko będzie dobrze. Niektórzy ludzie są nam dani tylko na pewien czas.

Potem było cofnięcie do błogich i szczęśliwych wydarzeń. Pamiętam jak prosiłam mamę, żeby mnie wypchnęła na materacu do morza, a przy brzegu były takie fale, że ciągle mnie wyrzucało na piasek. Śmiałam się do łez. Po zakończonej sesji terapeutka namówiła mnie właśnie do tego, żeby powyciągać stare albumy ze zdjęciami, nasycić się tymi przyjemnymi wspomnieniami, czerpać z nich.

Zdaje sobie sprawę, że hipnoterapia to nie jest jakiś magiczny lek na całe zło. Nikogo nie będę namawiać, dzielę się tutaj tylko moimi doświadczeniami. Za tydzień czeka mnie kolejna sesja i już nie mogę się doczekać.

PS. Jeśli nie chcesz przegapić moich następnych wpisów, zasubskrybuj bloga, o tutaj. Każdy mój nowy artykuł trafi także do Twojej skrzynki. Nie spamuję :)