Dzień, w którym pękła tama

5 miesięcy temu

O traumach uwięzionych w ciele.

827 0

Moja ostatnia ciąża była najkrótszą z wszystkich trzech. Dwa tygodnie: tyle ile przeciętnie żyje motyl, 14 dni, ponad 330 godzin.

W czerwcu dostaliśmy zielone światło na transfer naszego ostatniego zarodka. Pod koniec marca przeszłam operację usunięcia głęboko naciekającej endometriozy i teraz wreszcie po tylu latach walki miało nam się udać. Czułam się psychicznie bardzo dobrze, wierzyłam że to jest ten moment, że tak miało być. Gdybym nie straciła pierwszej ciąży, musiałabym rodzić w środku pandemii, co bez pomocy męża na pewno byłoby dla mnie mega trudne. Gdybym nie poroniła rok temu, nie dowiedziałabym się pewnie zbyt szybko, że kwalifikuję się do operacji. W mojej pracy niespodziewanie dla mnie nastąpiły przetasowania w zespołach i wylądowałam na niższym stanowisku. Myślałam sobie, że to nawet lepiej, bo mniejsza odpowiedzialność, bo nie będę się zamartwiać, że zostawię swoich ludzi jak pójdę na długi urlop. Przetrwaliśmy, pokonaliśmy wszystkie przeszkody, teraz jest nasz moment, uwierzyłam, że wszechświat nam sprzyja.

1 lipca 2022 wypadał w piątek. To był piękny weekend: początek lata, na Netflixa wjechała właśnie druga część czwartego sezonu Stranger Things, a ja byłam w ciąży. Starałam się zbytnio nie nakręcać, nie myśleć o tym co nas czeka w najbliższych dniach, brać to wszystko na spokojnie. Pamięć o poprzednich dwóch stratach niestety jest wciąż żywa, strach i wątpliwości sączą się do mózgu nie pozwalając do końca cieszyć się z pozytywnego wyniku testu ciążowego. Miałam silne uczucie mrowienia w nogach, zupełnie jak w mojej najdłuższej ciąży rok temu, więc brałam to za dobry znak. No i dostrzegłam na mojej ulicy bociana, który siedział sobie jak gdyby nigdy nic na latarni. No ludzie, czy istnieje lepszy zwiastun udanej ciąży? :)

We wtorek rano powtórzyłam badanie oznaczające poziom „ciążowego hormonu” we krwi. Wynik z laboratorium jest dostępny już koło południa. Loguję się na telefonie do panelu z wynikami, jeden klik dzieli mnie od prawdy. Przez moment waham się czy odczytać, czy może poczekać z tym aż oboje będziemy już w domu. Straszny ścisk w żołądku, serce wali mi tak mocno, że aż słyszę pulsowanie w skroniach. Uspokajam się w myślach, oddycham głęboko, powtarzam sobie, że to przecież nie ma znaczenia, czy dowiem się teraz czy wieczorem, co się miało stać to już się wydarzyło, nie mam na to wpływu. To jest takie złudne uczucie, że dopóki tego wyniku nie sprawdzę to mogę myśleć, że ciągle w tej ciąży jestem, Dziecko Schrödingera :). Odczytałam. Beta spadła. Aha, czyli jak zwykle. Dałam znać Przemkowi i wróciłam do swoich obowiązków w pracy, byłam jak robot, nie zapłakałam. Poryczałam się dopiero w samochodzie w drodze do domu.

To był nasz ostatni zarodek z czwartej procedury in vitro, nie mamy już nic. Cztery lata wytężonej walki, niezliczone ilości wizyt u lekarzy, dziesiątki badań i konsultacji, setki zastrzyków, punkcje, histeroskopie, transfery, ciąże, poronienia. I nic, nie ma szczęśliwego zakończenia. Koleżanki w tym czasie zdążyły po dwa razy zajść w ciążę i urodzić zdrowe dzieci. Ja ciągle jestem w tym samym punkcie i nie bardzo już wierzę, że czeka nas kiedykolwiek szczęśliwe zakończenie. Policzyłam, że wszystkich zapłodnionych komórek z wszystkich procedur mieliśmy w sumie 30, z tego 8 zarodków nadających się do transferu, za każdym razem określanych jako „bardzo ładne”, chociaż nigdy nie robiliśmy badań genetycznych. Czy to możliwe, że wszystkie miały nieprawidłową budowę i żadnego potencjału na dalszy rozwój? Czy też moje ciało zawiodło na którymś etapie i nie było w stanie ochronić kiełkującego życia? Nie dowiem się nigdy.

Na poziomie racjonalnym wolę oczywiście wariant, że ciąża kończy się samoistnie tak szybko niż sytuację, w której poronienie znajduje swój finał w szpitalu. Tłumaczę sobie, że zarodek prawdopodobnie był chory i nie miał większych szans. Staram się cieszyć z faktu, że cokolwiek ruszyło. Trzy lata temu napisałam tekst A u mnie dalej jedna kreska, od tego momentu trzy razy byłam w tej upragnionej ciąży. Może muszę to doprecyzować: Heloł, Panie Wszechświecie! Chciałabym być 9 miesięcy w zdrowej ciąży, kilka tygodni mnie nie satysfakcjonuje :).

Kolejne dni przetrwałam jakoś na autopilocie. Nie płakałam nawet aż tak bardzo, ogarnęło mnie tylko obezwładniające poczucie bezsensu. Czuję się nie dość dobra praktycznie w każdym obszarze życia. Wiem skąd się to bierze, wiem, że to kiedyś w końcu minie, ale wcale ta wiedza nie sprawia, że jest mi łatwiej. Musiałam wyciszyć wszystkie grupy na fb o tematyce niepłodności i in vitro, wszystkie te pozytywne wiadomości o ciążach tylko mnie dobijały. Największe nieporozumienie to targetowanie reklam kontekstowych. Halo, reklamodawcy! Myślicie, że jak dużo czytam o niepłodności, in vitro i endometriozie to zainteresują mnie akcesoria dla noworodków czy artykuły dla mam w ciąży? Otóż, kurwa, nie. Byłam jednego dnia w galerii przejść się po sklepach, wróciłam strasznie zła i nabuzowana do domu, aż się rozpłakałam. Co się właściwie stało? W sumie nic takiego, to tylko ta wystawa u jubilera: złoty łańcuszek z zawieszką mama i obok drugi z małymi stópkami.

Pod koniec lipca pojechaliśmy na parę dni odpocząć w Beskidach. Wybraliśmy mały pensjonat z dobrym domowym jedzeniem, widokiem na góry i zabiegami spa. Plan był taki, żeby trochę się zresetować, zrobić dla siebie coś miłego i nabrać choć trochę sił do dalszego zmagania się z rzeczywistością. Przemek umówił nas na zabieg kamertonami. Na stronie można przeczytać:

Terapia kamertonami to nowa metoda pracy z dźwiękiem, a jej pełna nazwa brzmi: Muzykoterapia Dogłębna – Komórkowa. Odpowiednio dobrane częstotliwości fali, dzięki zastosowaniu rezonansu, pokonują problemy natury psychicznej człowieka, relaksują, uspokajają, jak również odżywiają i regenerują komórki ciała fizycznego, dostrajając organy wewnętrze do stanu zdrowia. Następuje jednoczesne uzdrowienie ciała, umysłu i ducha za pomocą wibracji.

Uważam się za osobę sceptyczną i twardo stąpającą po ziemi, cały opis tego zabiegu brzmiał dla mnie jak jakieś czary-mary, ale potrzebowałam jakiejś odskoczni od bezmyślnego gapienia się w telefon i rozpamiętywania wszystkiego od początku. Zaczęło się dość niewinnie: położyłam się na plecach na łóżku do masażu, pani dzwoniła w te kamertony, prosiła żebym wyobrażała sobie różne kolory i opisywała co widzę. Pytała, czy czuję przepływ energii w ciele i czy gdzieś coś się blokuje. Prawdę mówiąc to nie czułam żadnej energii, ale w stopach miałam uczucie ciężkości i mrowienia, więc skupiłyśmy się na tych stopach. Dalej było dociekanie czy może jestem w sytuacji, która wydaje się bez wyjścia i nie potrafię zrobić kroku naprzód. Potwierdziłam, tym jest właśnie niepłodność. Potem padło pytanie o to czy mamy dzieci, czy chcemy, czy były niepowodzenia w trakcie tej drogi. W tym momencie popłynęły mi łzy spod przymkniętych powiek. Czy te dzieci były odesłane? Tutaj od razu na pierwszy plan wyrwało się moje racjonalne myślenie i założyłam, że chodzi o badania genetyczne tkanki po poronieniu, szpitale czasami to oferują, żeby określić przyczynę straty. Już chciałam zaprotestować, że nie było czego odsyłać, kiedy padło doprecyzowanie: pożegnaliście te dzieci, zapaliliście świeczkę? Musiałam przyznać, że nie. W tym momencie już wstrząsnął mną większy szloch. Pani od rytuału cicho mi szeptała, żeby to z siebie wyrzucić, żeby nie dusić tego w sobie. I z tym płaczem to jest tak, że chyba nikt nie lubi się rozklejać przy obcej osobie. Mi się zdarzyło szlochać u lekarzy, ale zawsze próbowałam się uspokajać, tłumić to w sobie, zresztą nawet jak jestem w domu to raczej płaczę bezgłośnie. A tutaj teraz coś tak dziwnego się ze mną stało, że zaczęłam wyć. Dosłownie puściły wszystkie tamy, dźwięk tych kamertonów, szept tej pani wprowadziły mnie w jakiś metafizyczny trans. To było tak dziwne uczucie i tak do mnie niepodobne, że w pewnym momencie aż mi się chciało śmiać z tych dzikich odgłosów, które z siebie wydawałam. Cały seans trwał prawie dwie godziny, na koniec dostałam zalecenie kontaktu z terapeutą od traum i przykazanie, żeby zająć się sobą w pierwszej kolejności.

Gdyby ktoś zorganizował igrzyska w zakopywaniu traum na czas i najdokładniejszym upchnięciu problemów pod dywanem to jestem pewna, że znalazłabym się na podium. Zdałam sobie po tym rytuale sprawę, że nie pozwalałam sobie do końca przeżyć żałoby, no bo przecież inni mają gorzej. W sumie nic takiego się nie stało, tysiące kobiet traci przecież ciąże i jest to poniekąd wpisane w naszą fizjologię. Na świecie dzieje się tyle zła, pożary buszu, światowa pandemia, wojna w Ukrainie. Ostatnie cztery lata to też bardzo dużo śmierci młodych ludzi w moim otoczeniu. Tyle dramatów: rodzice opłakujący dzieci, które dopiero co weszły w dorosłość, dzieci za młode, żeby tracić rodziców. Naszego przyjaciela pożegnałam tym wpisem. Myślę o tych wszystkich ludziach i tak bardzo mi przykro. Ale swoich dzieci nie pożegnałam, nie odprawiliśmy żadnego rytuału, wepchnęłam to tam wszystko gdzieś pod dywan z napisem no tak bywa. I mogło mi się wydawać, że w sumie ze mną jest wszystko OK, jak na tym memie z pieskiem, który siedzi przy stole w pokoju zajętym przez płomienie: This is fine. Po kolejnym „szamańskim” zabiegu w Beskidach dowiedziałam się, że noszę w sobie dużo bólu ale też i dużo miłości, i to jest chyba bardzo bliskie prawdy.

Poszliśmy ostatniego dnia na spacer, ciemne chmury na niebie zwiastowały rychły deszcz, wiał mocno wiatr. Zrobiłam coś na co miałam ochotę od dłuższego czasu: zaczęłam krzyczeć, włożyłam w ten wrzask cały mój wkurw, żal, rozczarowanie, wściekłość, bezsilność i smutek. Wiatr skutecznie (mam nadzieję) wygłuszał decybele, ale ja się nie hamowałam: darłam się jak nigdy w życiu. Polecam serdecznie, to na pewno nie rozwiąże waszych problemów, ale być może da chwilową ulgę. Po wszystkim uwiłam trzy wianki z polnych kwiatów i puściliśmy je z wiatrem. Nasz rytuał pożegnania. A potem zaczęło lać.

Wieczorem doświadczyłam najpiękniejszej złotej godziny w życiu, promienie zachodzącego słońca przesączały się przez mgłę unoszącą się nad mokrą ziemią. Wyglądało to w pewnym momencie jak portal do jakiegoś baśniowego świata. Jak to mówią: po burzy zawsze wychodzi słońce?

PS. Jeśli nie chcesz przegapić moich następnych wpisów, zasubskrybuj bloga, o tutaj. Każdy mój nowy artykuł trafi także do Twojej skrzynki. Nie spamuję :)